três, dois, um…

->circuito vicioso->cercle vicieux->vicious circle->błędne koło->a freaKa.on the way!

Archive for the ‘France’ Category

Emmanuel Dongala – A love supreme

leave a comment »

Je regrette que je n’aie pas vu cette pièce du theatre, présenté maintenant à Paris. Un jour, qui sais, pourquoi pas? Basé par la nouvelle d’Emmanuel Dongala, ecrivain d’origine congolais, le spectacle mélange l’histoire de saxophoniste fabuleux avec l’histoire des années 60 dans les Etats-Units et du mouvement du Black Power. Voilà le programme sur ce spectacle:

Advertisements

Written by afreakan

April 11, 2010 at 11:31 am

Musée du Quai Branly (sponsored by: RAIN)

leave a comment »

Pour la première fois, j’ai passé des expositions au Musée du Quai Branly, le batiment censément controverse. Bof… Il faut pas juger parmi les goûtes, on seulement pourra décrire qu’est ce que se trouve au milieu de cet Musée. Maintenant on peut visiter des expositions consecrées aux répresentations de sexualité dans la culture des amérindiens. Quand même on devra passer par les collections de toutes les cultures primitifs d’Afrique, d’Océanie et des Americas. De plus, récemment l’attention est attirée sur les objets indiens. Soyez bienvenues!

Written by afreakan

April 7, 2010 at 11:45 am

Posted in France, Paris

Tagged with , ,

Paris en un clin d’oeil

leave a comment »

Encore une fois, j’ai visité Paris pour le week-end (des Paques). Cette une, grâce à l’ouverture d’un connexion des lignes budget entre Poznan et Beauvais j’ai consacré pour visiter les lieux qui je n’avais pas vu avant. C’est à dire: l’autre fois, j’ai sauté le quatrième et la onzième arrondissement où se trouvent les fameux: place de Vosges et canaux St. Martin. Et même si le temps faisait en peu mauvais, on n’y a jamais ennuié à Paris!

Written by afreakan

April 5, 2010 at 10:56 am

tanto tempo!

leave a comment »

Bardzo zmeczona, inspirowana piosenka Bebel Gilberto, ktora towarzyszyla mi w podrozy tak wlasnie postanowilam zatytulowac ten post. Znow egzystuje w trudnych warunkach bez-internetowych, bez-polskoznakowych, wiec wybaczyc nalezy mi literowki.

W ten dlugi dzien podrozy odwiedzilam, a raczej przemknelam przez 3 tetniace zyciem miasta: Marsylie, Madryt oraz ostatecznie- ukochane Porto. Takie polaczenie zawdzieczam ryanairowi, bowiem dzieki polaczeniu przez Madryt zaoszczedzilam z 50 euro (ale, jak sie okazalo pozniej, wyszlam na “0”).

Pozegnanie z Francja przebieglo bez wielkich wzruszen, od rana w pociagu szaleli jacys pseudoanarchisci, ktorzy probowali costam rapowac i rozwalac drzwi, co mnie nie bardzo cieszylo. Sama Marsylia swoimi ogromnymi osiedlami i wielkim portem, ktorego tylko urywek zauwazylam doprawdy czaruje, wiec mam powod by tutaj wrocic! Natomiast lotnisko mp2 jest chyba najbrzydszym, jakie dane mi bylo do tej pory odwiedzic, fuj. Nie oznacza to jednak, ze najgorszym. Dzieki zyczliwosci pani sprzataczki i uzyczenia mi wielkiego wora na tak zwany bagaz podreczny (w ktorym znalazlo sie doslownie mydlo i powidlo), z 25 kg bagazu udalo mi sie zrobic 18 dzieki czemu uniknelam sankcji finansowych (i to jakich). Przy 3 kilo nadbagazu pani tylko machnela reka i kazala mi jak najszybciej sie odprawic (zanim ktos bardziej literalny to zauwazy). Z mp2 pozostana mi rowniez bardzo czarujace wspomnienia startu niemal prosto w Morze Srodziemne i Bouche de la Rhone…

Madryt… Szalone i calkiem niedrogie, jak sie okazalo, miasto. Na kazdym kroku cos do sfotografowania, zauwazenia, a w powietrzu cos zupelnie innego niz we Francji. Chyba swoista “mlodosc” tego miasta, znaczy sie witalnosc i energia. Od razu zauwazyc sie tez dal szok cenowy, dla mnie po Francji – jak najbardziej mile zaskakujacy. Efekty w postaci obiadu w restauracji za 7 euro z przystawkami, itp., odwiedzin u fryzjera za mniej wiecej taka sama kwote, jak w Poznaniu (sol w Morzu Srodziemnym jest zabojcza dla kazdego typu cebulek!) oraz kupna kilku ciuchow (najbardziej cieszy mnie brazowa szmizjera, nawet ladniejsza od tej, ktora wczoraj widzialam w Hyeres!) tym razem na rabajas (hiszp. soldes) widoczne sa na zalaczonym obrazku. Ciesze sie, ze pod koniec sierpnia z powodow lotniskowo-powrotowych bede mogla tutaj wrocic na 2 dni. Nie znam za dobrze Hiszpanii, jedynie Barcelone, a poludnie zazwyczaj kojarzylam z morzem i wypoczynkiem. Madryt jest na pierwszy rzut oka bardzo intensywny w odbiorze pod kazdym wzgledem: uderzylo mnie bardzo gorace powietrze (37 stopni, wiec ponad moje, ludzkie mozliwosci), dziwny wiatr wiejacy z gor oraz zabieganie na ulicach.

W drodze do Porto nie udalo mi sie tak sprytnie przemycic dodatkowych kilogramow. Bardzo zawiedziona postawa pani z ryjanaira musialam doplacic za owe 3 kg. Mam nauczke jednak, ze na przyszlosc nalezy wybierac easyjet, bo przynajmniej zgadzaja sie na godziwe, 20kg bagaze. Wyladowalam w Porto bardzo szybko, bo po 15 minutach, wedlug czasu miejscowego. Przy ladowaniu widzialam juz ocean, bardziej grozny i wzburzony od slodko-slonawego Morza Srodziemnego, za co go bardzo lubie. W poszukiwaniu mojego hotelu obejrzalam piekne azulejos, ktore w Porto sa jeszcze ladniejsze niz w Lizbonie! Piszac to wszystko, siedze nad SuperBockiem, odprezam sie i slucham Rosjan mowiacych po portugalsku z wlascicielem hotelu, a w tle, dla odmiany, skrzeczenia mew. Na ulicy Murzyni graja w pilke, a staruszkowie siedza nad piwem w cervajeiro. Jestem w domu ; )…

I mala zapowiedz, poniewaz nie mam twittera i nie mozna wyczytac z moich postow, co bede robic  w nastepnej kolejnosci: jutro spacer po starym Porto, chwilka w Coimbrze i pierwsze kroki w Obidos… Czy mi sie uda o tym napisac od razu – to sie okaze, bo teraz kazdy dzien bedzie dla niespodzianka. Jednego jestem pewna: jestem tu szczesliwa! Praia, sol, vento, saudade…

Written by afreakan

July 30, 2009 at 2:30 am

le dernier jour en France…

leave a comment »

Ostatni dzień we Francji spędziłam w Hyères-les-Palmiers, drugim co do wielkości mieście w regionie Var. Łapiąc ulotne chwile we włoskiej kafejce, nad kieliszkiem piwa, w mediotece ze starymi francuskimi filmami (ach, Resnais, Truffaut), których fragmenty (a zwłaszcza “Gładkiej skóry” aka “La peau douce” ze względów portugalskich) sobie z przyjemnością obejrzałam poczułam już pierwsze symptomy tęsknoty za wszystkimi pięknymi miejscami, które przez ostatnie kilka tygodni odwiedziłam. Wiem, że podróżując dalej na południe z pewnością spotkam kolejnych wspaniałych ludzi, poznam nowe miejsca i będę cieszyła się nową kulturą oraz zgłębianiem niuansów językowych. Jest w tym jednak coś jeszcze… Najlepiej opowiada o tym Victer Duplaix w kawałku “Soon” z klasycznej płyty “In between” J-novy. O proszę:

Sesję zdjęciową dedykuję niepowtarzalnej atmosferze francuskiego południa, a zwłaszcza Prowansji, która w Hyères reprezentowana jest w całej doskonałości. Zwraca tu uwagę szczególnie architektura, będąca mieszaniną klasycznych willi z typowo prowansalskimi kamieniczkami i budownictwem z lat 60. (patrz: Hotel de ville) i zieleń miejska, na którą składają się – rzecz jasna – olbrzymie palmy, ale także platany, agawy, kaktusy i inne sukulenty. Polecam Hyères wszystkim tym, którzy nie mogą oderwać wzroku od pięknych roślin w swoim ogródku, ponieważ tu można się jeszcze wiele na temat zieleni nauczyć przez obserwację (na przykład w Jardin Joaquim Olbias Riquier). Załączam też zdjęcie pięknej sukienki wypatrzonej w Traffic Jam (marki typowej dla Cote d’Azur), niestety nieprzecenionej, a dlatego i nieosiągalnej. Polecam jednak starówkę Hyères wszystkim wielbicielom stylu casual i vintage, bo i tu, podobnie jak w Aix można znaleźć wiele ciekawych butików (1st i 2nd hand).

Nie to jest jednak najważniejsze. Francja jest nadal, i widać to na każdym kroku rajem dla ludzi kochających swobodę i odbieganie od  reguł, przeciętności,  pozytywnych świrów wszelkiego rodzaju i ludzi, którzy nie boją się wychodzić w piżamie na ulicę. Jest również, przynajmniej południe, królestwem ludzi pięknych i bogatych, ale też tych po prostu kochających estetykę, z 5 euro w kieszeni.Słońce świeci tutaj ponoć nawet w styczniu, morze ma kolor nieba, a niebo – morza… Smak wina rose, sera roquefort, brzoskwiń prosto z drzewa, dźwięk najbardziej seksownego na świecie (po arabskim i portugalskim, rzecz jasna 😉 języka oraz les cigales, szum Mistrala i dotkliwe momentami ukąszenia komarów i słońca na zawsze pozostaną moje.

Wiem, że chcę tu wrócić, n’importe pas quand. Et j’espère que je pourrai vous revoir, mes amis du CIFAS n’importe pas quand et où ;*

IMG_2307

IMG_2297

IMG_2295

IMG_2291

IMG_2290

IMG_2279

IMG_2271

IMG_2270

IMG_2267

IMG_2254

IMG_2251

IMG_2250

IMG_2242

IMG_2222

Written by afreakan

July 28, 2009 at 10:20 pm

Posted in Cote d'Azur, France, Provence, travel, Var

Tagged with , , ,

la jupe de la Castille

leave a comment »

Wiele osób domaga się prezentacji spódnicy JP Gaultiera (de merde? ; ), którą kupiłam w Aix za 4 euro. Sesja ustępuje jakości temu, co Monika prezentuje na swoim blogu, ale we Francji to nawet mi się zachciało pozować w najgłupszy sposób (buciki a la Burberry są już na wykończeniu po wielokrotnym pozowaniu sur La Cascade).

Session dedicated to Rian & all the famous, fabulous, etc. Thus, this French-related video must occur:

Voilà la jupe… Un, deux, trois (et quatre) :

IMG_2190

IMG_2192

IMG_2187

IMG_2180

Written by afreakan

July 27, 2009 at 7:34 pm

la vie en rose / marron / azur (aka 3 kolory)

leave a comment »

W ostatnie dni spędzone z Francją muszę zacytować znaną wszystkim piosenkę w alternatywnym wykonaniu. Dedykuję ją znanemu w każdym prowansalskim domu wina en rose, od którego zaczyna się i kończy każdy słoneczny dzień.

Voila Mme Grace Jones, diva de 80s :

Drugim kolorem dnia jest kasztanowy, bowiem odwiedzając masyw Maurów, znajdujący się na północ od wybrzeża w regionie Var wstąpiłam do najsłynniejszej prowansalskiej fabryki przetworów kasztanowych… Nie mogłam się oprzeć lodom o takim smaku (lepsze niż mój ulubiony nugat/arachidowy/orzechowy,etc.), które przy temperaturze 35 stopni nie tylko ociekały mi po twarzy, rękach, ale także nogach. Można powiedzieć, że jedzenie kasztanów w Prowansji jest dużo bardziej seksowne niż na placu Pigalle.

Pożegnanie z kolorem lazurowym, czyli trzecim do kolekcji nastąpiło dziś na Mt. Faron górującym nad Toulonem. Co prawda zostały mi jeszcze 2 dni do wyjazdu, ale do Toulonu już pewnie nie wrócę, a w międzyczasie zżyłam się z jego marynistycznym, niezbyt cukierkowym wizerunkiem.

Poza tym w Giens spędziłam miły wieczór w belgijsko-madagaskarsko-francuskim towarzystwie, kosztując tajskiej potrawy przypominającej mieszankę paelli z czymś ewidentnie chińskim (sajgonkami?). Temu wydarzeniu dedykuję inną klasyczną piosenkę i wreszcie idę spać przy dźwiękach cykad, których zapewnie będzie mi brakować (w Portugalii, o ile pamiętam tylu ich nie było, okaże się).

J Walk – Soul Vibration (from “Night on the rocks”)

A tak naprawdę słucham teraz Seny, węgierskiej raperki, ale niestety nie mogę jej tu wkleić, bo utwór pochodzi z jakiegoś demo, które kiedyś dostałam od creaminala (http://creaminal.wordpress.com) i pewnie nigdy nie wydanego.

Amina - la vie en rose!

Amina - la vie en rose!

night on the rocks

night on the rocks

pique-nique au Port Augiers (Presqu'ile de Giens)

pique-nique au Port Augiers (Presqu'ile de Giens)

garota de Mourillon

garota de Mourillon

Mt. Faron

Mt. Faron

overlooking Toulon

overlooking Toulon

le marron glace

le marron glace

chez Michelle

chez Michelle

Written by afreakan

July 27, 2009 at 1:09 am